Cerkiew na zgliszczach

Środa 13 września 2006 roku bezpowrotnie odmieniła życie mieszkańców malowniczo położonej wsi Komańcza w Bieszczadach. Wieczorem doszczętnie spłonęła prawosławna cerkiew Opieki Matki Bożej z 1802 roku, wybudowana w miejscu poprzedniej, spalonej w 1800 roku. Drewniana, wzniesiona na obronnym wzgórzu w stylu wschodniołemkowskim, otoczona murem z kamienia rzecznego, była wpisana do rejestru zabytków, stanowiąc cenną perłę na szlaku architektury cerkiewnej. Wraz ze świątynią spłonęło całe jej wyposażenie z przepięknym późnobarokowym ikonostasem z 1832 roku. Ocalała jedynie wolno stojąca dzwonnica z 1834 roku, dwa krzyże i fragment Ewangelii. To, czego nie zniszczyły dwie wojny światowe i komunizm – strawił pożar – pisała lokalna prasa.

   – Dzień nie zapowiadał niczego niepokojącego – mówi o. Marek Gocko, wyświęcony 25 czerwca, od dwóch miesięcy proboszcz parafii prawosławnej w Komańczy.
   Ewa Kopyłec urodziła się w Komańczy w 1930 roku i nigdy nie musiała jej opuszczać. Tu chodziła do szkoły, potem wyszła za mąż. Wydarzenia 1947 roku nie objęły jej rodziny. Rodzina Jana Harhaja, kolejarza, należała do tych szczęśliwych dwunastu spośród 290, które ominęła Akcja Wisła. Niedawno pochowała męża. 12 września, we wtorek, nabożeństwo w 40. dzień po  jego śmierci było ostatnim w nieistniejącej już cerkwi.
   W środowe popołudnie o. Marek Gocko, oprowadzając wycieczkę kuracjuszy z Iwonicza Zdroju, opowiadał  historię cerkwi i regionu. Turyści stawiali świece. Zamykając drzwi o wpół do piątej, trzykrotnie się wracał. Świece zostały pogaszone, a wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku. Turyści zostawili ofiarę na cerkiew, którą proboszcz zamierzał przeznaczyć na wymianę okien. Po tacę wracał dwa razy. Zastanawiał się dlaczego? Ostatnim razem stanął przed ikoną Matki Bożej i zmówił modlitwę.

   – O szóstej po południu sprzątający na cmentarzu mieszkaniec Komańczy zauważył mały dymek, ulatujący z kopuły – mówi Stefan Harhaj, skarbnik rady parafialnej.
   Na początku trudno było cokolwiek dostrzec, ponieważ kopuły cerkiewne zlewały się z blaskiem zachodzącego słońca. Jednak chwilę później pojawił się ogień.
   – Nie chciałem uwierzyć słowom chłopaka, który przyszedł na plebanię powiadomić mnie, że pali się cerkiew – wyznaje proboszcz.
   Wsiedli do samochodu i szybko pokonali pod górę trzystumetrową odległość. Z kopuły na dobre leciał dym, a na miejscu była już miejscowa Ochotnicza Straż Pożarna. Cysterna o pojemności dwóch tysięcy litrów nie mogła ugasić pożaru. Dojechało kilka straży okolicznych, ale wrogiem okazał się brak wody.
   Teodora Harhaja, od trzydziestu lat starostę cerkwi w Komańczy, wiadomość o pożarze zastała w kapciach i koszuli na podwórzu nieopodal mieszkającego brata Stefana. Kiedy pojechali na miejsce, była tam już miejscowa straż i mnóstwo ludzi.

władyka Adam na zgliszczach cerkwi

   – Być może, gdyby ci  wszyscy ludzie mieli wodę i wiadra, byłyby szanse na ugaszenie pożaru – wzdycha pan Teodor.
  Dla mieszkańców, nie tylko prawosławnych, to był szok! Stali jak sparaliżowani, nie mogąc pogodzić się z tym, co widzą. Ludzie przyjeżdżali ze Szczawnego, Turzańska i innych okolicznych wsi. Polacy, Ukraińcy.

   – To przypominało swoiste pożegnanie z cerkwią. Jej pogrzeb – mówi o. prot. Julian Felenczak, dziekan sanocki.   

Wyglądało na to, że pożar zaczął się od części ołtarzowej, od samego prestoła. O. Gocko z kilkoma parafianami chcieli otworzyć drzwi od przedsionka, aby uratować wiszące ikony i skrzynię z wyposażeniem cerkwi, ale strażacy i policja zabronili komukolwiek tam wchodzić, w obawie przed wybuchem gazu, utleniającego się przy spalaniu drewnianej konstrukcji. Parafianie żałują, że podczas jednego z remontów zlikwidowano boczne wejście od strony zakrystii, które być może zwiększyłoby szanse chociaż na uratowanie części wyposażenia cerkwi.

   Około ósmej upadły kopuły. Do miejscowej straży dojechały okoliczne: przemysłowa ze Szczawnego, a potem miejska z Sanoka. Ta ostatnia przyjechała oglądać już same zgliszcza i cysterna z wodą nawet nie dotarła na miejsce. Strażacy pieszo wchodzili pod górę.

o. Marek Gocko

   – Między oddaloną o trzy metry dzwonnicą a palącą się cerkwią stała straż, wodą zagradzając płomieniom dostęp do dzwonnicy – zeznaje Stefan Harhaj.
   W pewnym momencie ktoś w tłumie rzucił, że w zgliszczach mogą kryć się pamiętające koniec drugiej wojny światowej i powojenny okres partyzantki ukraińskiej, bomby. Pozostałość po czasach, kiedy te ziemie przeżywały jeden z największych dramatów w historii.
   – Tłumaczyłem miejscowemu komendantowi policji, że to nieprawda, bo trzy lata temu remontowaliśmy podmurówkę i nie znaleźliśmy żadnych niewybuchów – mówi starosta.

Teodor Harhaj z żoną Anastazją i synem Mirosławem

   Zapewnienie pana Teodora nie wystarczyło. Po telefonie komendanta z Sanoka przyjechał prokurator. Ludziom kazano odsunąć się i sprawdzono zgliszcza.
   Teodor Harhaj wraz z rodziną ze środy na czwartek przy dogorywającej cerkwi spędził całą noc. Rano po prawie nietkniętym śniadaniu wrócił z synem Mirosławem na zgliszcza.
   O dziesiątej godzinie na miejsce tragedii przyjechał władyka Adam, ale ludzi było niewielu. Zszokowani i zmęczeni po tym co się stało, poszli do domów.

   – To skojarzyło mi się z Wielkim Piątkiem. Kiedy ukrzyżowano Chrystusa, jego uczniowie pochowali się – mówi ksiądz dziekan.
   Na placu po cerkwi pojawili się prokurator oraz policja, przeprowadzający śledztwo. Władyka Adam, doskonale znający swoją diecezję, przyjechał z przygotowanymi jeszcze poprzedniego wieczoru postanowieniami. Wyznaczony w tym celu na koordynatora zaistniałej sytuacji o. dziekan przekonywał pokrzywdzonych parafian, że w niedzielę powinno się odbyć zapowiedziane nabożeństwo. Obiecał pomoc. Postanowiono zbudować tymczasową cerkiew. Do uratowanej dzwonnicy dobudować część ołtarzową.
   Tymczasem przychodzili ludzie z Komańczy, jakby jeszcze nie dochodziło do nich, co się stało. Łzy same cisnęły się do oczu.
   Na środku dawnej cerkwi pozostał prestoł, wokół zgliszcza i mnóstwo popiołu. Obok dwa nietknięte sześcioramienne krzyże. Władyce i duchownym składano wyrazy współczucia.
   – Poprzez utratę tej cerkwi  nie tylko została osierocona miejscowa parafia, ale cała nasza Cerkiew – wzdycha o. Julian.
   Parafia w Komańczy dziś liczy szesnaście rodzin. Kiedy powstawała w 1962 roku, było ich około czterdziestu. Do zmniejszenia się liczby wiernych przyczyniła się głównie emigracja do Stanów Zjednoczonych i Kanady oraz wyjazdy młodych ludzi do szkół oraz w poszukiwaniu pracy.

Stefan Harhaj na schodach, które prowadziły do świątyni

   Wojewódzki konserwator zabytków, Mariusz Czuba, powołując się na bogatą dokumentację spalonej cerkwi, zaproponował, aby świątynię odbudować na tym miejscu, taką jak poprzednia. Już w czwartek zastanawiano się, czy nie lepiej ze względów bezpieczeństwa byłoby zbudować cerkiew murowaną?  Obecny na miejscu wójt gminy Komańcza Stanisław Bielawka obiecał pomoc.
   Po południu parafianie po raz drugi przerzucali zgliszcza na prośbę prokuratury. Spisywano protokół i pobierano próbki. Przez pogorzelisko do wieczora przewinęły się setki ludzi. Po to tylko, aby tu być. Oddać hołd cerkwi.
   Maria Klen jest siostrzenicą Stefana i Teodora Harhajów. Od dwudziestu jeden lat mieszka w Kanadzie. Kiedy mieszkała w Polsce, na każde wakacje przyjeżdżała z Malczyc w województwie wrocławskim, gdzie jej ojciec, o. mitrat Jerzy Hnatiw, był proboszczem, do babci w Komańczy. Z cerkwią Opieki Matki Bo-żej łączyły ją silne więzi. Urodziła się na Pokrow i tu została ochrzczona przez stryja Piotra, byłego proboszcza w Komańczy. W Missisauga pod Toronto był środowy wieczór, kiedy dowiedziała się o pożarze. Nie chciała dzwonić do rodziców z tak dramatyczną wieścią, postanowiła zaczekać do rana.
   – W czwartkowy ranek był wielki płacz – wzdycha w słuchawce.
   O piątej po południu o. Felenczak zebrał grupę pięciu parafian z Morochowa. Załadowali na traktor deski przeznaczone na remont cerkwi w Morochowie i zawieźli do Komańczy.
   Wieczorem tego dnia przyszedł z pomocą miejscowy proboszcz rzymskokatolicki ksiądz Marian Szumigraj, tymczasowo oferując w wyznaczonych godzinach kościół św.  Józefa dla potrzeb prawosławnych. Podarował też parafii nowy kielich, bo w pożarze spaliło się wszystko, oraz tysiąc złotych, a także przekazał na ręce proboszcza, w imieniu arcybiskupa Józefa Michalika, kolejne cztery.

   W piątek z samego rana ruszyły prace. Uprzątaniem terenu zajęli się oprócz parafian, wierni z Morochowa i Mokrego oraz więźniowie z zakładu karnego w Nowym Łupkowie. Zaczęło się wielkie sprzątanie przed niedzielą. W sobotę przyjechała koparka i wybrała dół na popiół po świątyni. Prokurator nie zezwolił na ruszenie tram i fundamentów. Z pomocą pracującym mężczyznom przyszły kobiety.
   Wśród ludzi pojawiła się nadzieja.
   O siódmej wieczorem, trzy doby po pożarze, nowa świątynia z dobudowaną niewielką częścią ołtarzową była gotowa do niedzielnej liturgii. O. Felenczak  przywiózł jeszcze z Morochowa przeznaczone do nabożeństw polowych prestoł i żertwennyk.
   Ksiądz dziekan pokazuje niewielki skrawek spalonej, zapisanej cyrylicą kartki. Z jednej strony odczytuje „Chrystos woskrese”. Odwraca ją na drugą stronę, w tym samym miejscu, znów te same słowa.
   – To znaczy, że cerkiew zostanie odbudowana – oświadcza z przekonaniem.
   Obecnie Bóg znów nas doświadcza, ale Chrystus mówi: Cierpiący do końca,  zbawionym będzie. Wierzę, że razem uniesiemy ten Krzyż, zesłany nam przez Pana i z Jego pomocą odbudujemy cerkiew… – posłanie władyki Adama odczytał podczas niedzielnej liturgii o. Marek Gocko.
   Niedziela okazała się świętem dla  kilkudziesięciu wiernych, którzy przyjechali do Komańczy. Lokal-           na rozgłośnia radiowa po nabożeństwie podała, że prawosławni się nie poddali.
   Przy cerkwi wystawiono skrzynkę na ofiarę na odbudowę cerkwi, która zaczęła się zapełniać. Wciąż odwiedzający cerkwisko ludzie starają się wspomóc poszkodowanych choćby skromnym datkiem. Sąsiedzi, katolicy i grekokatolicy, przynoszą do Teodora Harhaja po dziesięć, dwadzieścia złotych. Chcą, aby świątynia wkrótce stanęła. Parafianie liczą też na pomoc z Kanady i Stanów Zjednoczonych. Obecnie w internecie jest uruchamiana strona poświęcona odbudowie cerkwi.

Do ocalałej dzwonnicy dostawiono tymczasową cerkiewkę

   – Proszę zobaczyć, co zostało po naszej cerkwi. Dwa wagony popiołu i kamienne schody – pokazuje Stefan Harhaj.
   Żal po utracie cerkwi jest wielki. Komańczanie przychodzą i na pamiątkę zabierają zwęglone cząstki.
   – Jak umrę, niech mi kawałeczek włożą do trumny – mówi Ewa Kopyłec.
   Anastazja i Teodor Harhajowie za kilka dni siostrze, matuszce Anastazji Hnatiw, przekażą taką pamiątkę po cerkwi za pośrednictwem lecącej do Toronto sąsiadki.
   W ciągu tych trudnych dni z parafianami z Komańczy solidaryzowały się tysiące ludzi. Rzymscy katolicy i grekokatolicy. Nazajutrz po pożarze ksiądz Szumigraj przyszedł  pomodlić się z grupą młodzieży. Z Puław przyjechał też franciszkanin, przekonany, że powinien.
   – Odbudujemy cerkiew na zgliszczach. Na razie wszystko jest bardzo świeże, ale każdy na swoich piersiach dźwiga jakiś krzyż – wzdycha proboszcz.
   Być może śledztwo nigdy nie wyjaśni przyczyn pożaru, chociaż dla małej społeczności prawosławnej w Komańczy to bardzo ważne. Ważna też jest przyszłość parafii
   Na razie muszą przed zimą ocieplić i zabezpieczyć tymczasową cerkiewkę. Wierzą, że jeśli Bóg pozwoli, za dwa-trzy lata wybudują nową. Zadają sobie też pytanie, czy to będzie to samo?

   Z Przemyśla i  Krosna przyjechali konserwatorzy zabytków, którzy wspólnie z duchownymi i radą parafialną podjęli decyzję o odbudowie cerkwi.

Tekst Anna Rydzanicz

Zdjęcia Anna Rydzanicz i o. Julian Felenczak

Przegląd Prawosławny nr 10 (październik 2006)