W świecie dźwięków

Elegancki starszy pan z brodą, w ciemnych okularach, o łagodnym uśmiechu i ciepłym głosie, przykuwa uwagę. Michał Duda, emerytowany nauczyciel muzyki w obchodzącym w tym roku szkolnym pięćdziesięciolecie IV Liceum Ogólnokształcącym w Legnicy, to człowiek legenda. „Legnicka czwórka”, tak powszechnie mówi się o słynnym swego czasu jedynym w kraju liceum z ukraińskim językiem nauczania, z niepowtarzalnym chórem Połonyna pod dyrekcją Michała Dudy, który w ciągu swej kariery pedagogicznej wychował wiele setek młodych ludzi, dziś mieszkających nie tylko w Polsce, ale Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, Australii i na Ukrainie.
   
   Urodził się we Florynce w 1935 roku. Czasy dzieciństwa to zabawy z rówieśnikami i rodzeństwem wokół nowego murowanego domu z rozległym sadem nad potoczkiem Żurawec. Matka, Olga z Kowalskich, pochodziła z rodziny o silnych tradycjach cerkiewnych. Pradziad Kowalski był wójtem i nauczycielem w Banicy koło Grybowa. Michał imię odziedziczył po dziadku Kowalskim. Babcia Maria Kowalska wywodziła się z floryńskich Dubeców, a jej kuzynem był o. Dymitr Chylak, proboszcz Izb i Bielicznej. Dziadek Michał miał dużą bibliotekę, z książkami cerkiewnymi i świeckimi. Sporą cześć tej biblioteki w okresie nagonki Austriaków na rusofilów w 1914 roku wyniesiono do lasu i w worku skórzanym zakopano pod dębem.
   Mały Michaś często przychodził do Banicy. Miejscem rodzinnych spotkań był dom matki, pierwszy od strony Śnietnicy, na wzgórzu niedaleko rzeki. U sąsiadów Stawiskich często odbywało się wiejskie muzykowanie z udziałem braci mamy, Dymitra i Mikołaja, którzy wraz z braćmi Koropczakami tworzyli wziętą w okolicy orkiestrę. Z kolei bracia dziadka Michała, Stefan i Akym, wyjechali do Stanów Zjednoczonych i tam założyli rodziny, zmieniając nazwisko na z rosyjska brzmiące Kovalskij.
   Ojciec, Konstanty Duda, do Florynki przeprowadził się z Polan, żeniąc się w 1934 roku z wdową Olgą Kaniuk, wychowującą dwójkę dzieci – Wania i Helenę. W drugim małżeństwie urodziło się troje dzieci – Michał, Maria i Jarosław. Stworzyli prawdziwie ciepły dom. – Mama była katalizatorem tego dobra – uśmiecha się Michał Duda. Dudowie, podobnie jak Kowalscy,
   
   pielęgnowali swój język i kulturę oraz kochali muzykę.
   
   Pamięta rodzinne muzykowanie w domu. Szeroki parapet w kuchni, siedząc na którym mama mocnym głosem śpiewała łemkowskie pieśni. Potem dołączali się ojciec, brat Jan i siostra Helena. Nawet nie pamięta, kiedy zainteresował się muzyką. W czasie okupacji zrobiono mu skrzypce z deski ze strunami z kabli telefonicznych.
   Prysnył mi sia son dyweńki, prysnył mi sia mij myleńkij – przywołuje zasłyszaną od mamy pieśń, którą udało mu się wygrać na jednej strunie.
   Często w świetlicy wiejskiej niewykończonego przed wojną Domu Ludowego, którego fundatorem był Wasyl Dubec, ojciec władyki Adama (to był człowiek znający się na kulturze, dużo pracował społecznie – wspomina Michał Duda) odbywały się weczyrky. Muzykanci stali na ławce pod ścianą, aby dźwięk lepiej roznosił się po sali. Chłopaka coś do nich ciągnęło. – Na płacz mi się zbierało, gdy słyszałem jak grają – wspomina.
   W 1945 roku przy pasieniu owiec znalazł niewypał. Po eksplozji, mimo szybkiej interwencji lekarzy, nie udało się uratować lewego oka. Dziesięciolatek widział nim jeszcze tydzień, a potem oko przestało reagować na światło.
   Po wysiedleniu Dudowie znaleźli się w okolicach Lubniewic w Lubuskiem, potem w Wiśniewie niedaleko Torzymia. Tereny te przyłączono do poligonu wojskowego i rodzina przeniosła się do Przemkowa.
   W 1951 roku poszedł do szkoły muzycznej w Legnicy. Wprawdzie rok szkolny trwał już od miesiąca, ale po przesłuchaniu został przyjęty. Jako drugi, po skrzypcach, instrument wybrał fortepian. W trzeciej klasie zamienił go na wiolonczelę.
   – Miałem w życiu szczęście trafiać na dobrych nauczycieli – wyznaje.
   Przez siedem lat edukacji muzycznej, w Legnicy, a potem we wrocławskiej Akademii Muzycznej, mieszkał u nauczycielki fortepianu, jednej z najlepszych szopenistek na Dolnym Śląsku, Niny Godliłło-Godliewskiej, która petersburskie, a potem kijowskie konserwatorium ukończyła ze złotymi odznakami. Jej mieszkanie, pełne muzyki, wypełniały też oryginalne stare ikony.
   Wśród znajomych pani profesor była osiadła po wojnie we Wrocławiu rodzina gruzińskich książąt Tauryczewskich. Często z księżną siadywał na balkonie i przy papierosie rozmawiał o muzyce.
   Rok po dyplomie, w 1959 r., ożenił się ze Stefanią Kuzemczak. Teść Jarosław był cerkiewnikiem w Binczarowej. Doświadczenia życiowe, w tym pobyt w niewoli włoskiej podczas pierwszej wojny światowej, nauczyły go pokory wobec życia, ale również rozwinęły poczucie godności, co przekazał dzieciom. Wąsaty jegomość o ufnych oczach, które odziedziczyła córka, na ganeczku swego domu czytał „Karpacką Ruś” i „Nasze Słowo”.
   Małżonkowie po ślubie zamieszkali krótko w Świerzawie, skąd dojeżdżał na prowadzone przez siebie zajęcia w szkole muzycznej, domu kultury oraz w orkiestrze symfonicznej. Stamtąd w 1960 roku na dobre przenieśli się do Legnicy, ponieważ Michał Duda rozpoczął pracę w IV liceum. Obok chóru utworzył również rozrastający się z roku na rok zespół mandolinistów. W szkole uczyło się 130 uczniów. Bywało, że niektórzy należeli do czterech z pięciu prowadzonych przez niego formacji – chóru, orkiestry, zespołu mandolinistów, kwartetu bandurzystów oraz zespołu młodzieżowego Strumoczok. – Oni byli elitą szkoły, najlepszymi uczniami – wyznaje Michał Duda.
   
   Wysoki poziom artystyczny chóru
   
   zyskał mu uznanie nawet w ministerstwie oświaty. – To nie tylko moja zasługa, ale i młodzieży – przyznaje skromnie. Chór był wizytówką szkoły, reprezentując ją na festiwalach w kraju i na Ukrainie.
   W październikowy piątek 1970 roku w pracowni muzycznej Michał Duda udoskonalał magnetofon szpulowy, tak by dźwięk można było przekazać w wersji stereofonicznej. Przy szlifowaniu płytki iskra uszkodziła prawe oko. Trzydziestopięcioletni mężczyzna, realizujący się zawodowo, nauczyciel w liceum i szkole muzycznej oraz jedyny wiolonczelista w legnickiej orkiestrze, i jego rodzina przeżyli dramat. Córki Ola i Asia miały dziesięć i cztery lata.
   – Moimi oczami pozostała żona – mówi z uczuciem o swojej towarzyszce życia. – Gdybym miał inny dom, a praca nie byłaby moją pasją, dramat drugiego wypadku odczułbym niewspółmiernie boleśniej – wyznaje.
   – Tatusiu, oddam ci jedno moje oczko, ma taki sam kolor, i będziemy widzieć obydwoje – proponowała starsza Ola.
   Nigdy nie skarżył się na los. Pierwsza wzrokowo Braila nauczyła się pani Stefania i przez wakacje uczyła męża, aby mógł wrócić do szkoły. Szybko opanował nowy zapis nutowy, zgłębiając tajniki koncertów najczęściej przed zaśnięciem, ale też w pociągu czy autobusie. O powrocie do pracy myślał z niepokojem. Czy dla niewidzącego to wykonalne? Wątpliwości przeciął dyrektor. Zespół czekał wyjazd do Krakowa, program był przygotowany, ale brakowało maestra.
   A on zastanawiał się, czy w trakcie koncertu nie zacznie, pomyliwszy kierunki, dyrygować publicznością lub gdzieś na boki. Z wieszaka zrobił pręt, który chłopcy przybili na środku proscenium w Krakowie, półtora metra od chóru. Publiczność, nieświadoma sytuacji, zastanawiała się, dlaczego dyrygent wychodzi z dwiema dziewczętami. Z czasem wieszak zastąpiła linijka
   – To potrzeba pracy w kulturze i żar młodzieży wyciągnęły mnie z domu – wyznaje.
   Naprawdę wrócił w marcu 1971 roku jako rencista. Mimo że córki uczęszczały do „czwórki”, nigdy nie były jego przewodniczkami. Zawsze uczennice. Jedna od drugiej, czasami siostra od siostry, uczyły się sztuki prowadzenia profesora. – Przez lata tworzyły się dynastie przewodniczek – uśmiecha się.
   Do szkoły prowadził go pies przewodnik – samouk. Bokser Ikar bezbłędnie potrafił ominąć niespodziewane przeszkody, trafić do przedszkola, w którym pracowała żona, czy do sklepu.
   Wielokrotnie miał okazję przekonać się, jak wielkim wsparciem mogą być uczniowie. A nie zawsze było łatwo, choć niekiedy śmiesznie. Pewnego razu zapłakana uczennica, wtulając się w profesorskie ramię, wyjąkała, że chłopcy nazwali go „ślepym”. – No cóż, przecież taki jestem – odpowiedział jej łagodnie. Na balu absolwentów były uczeń rozpłakał się: – Profesorze, oszukałem na klasówce, dając zeszyt kolegi jako własny, i teraz muszę to panu powiedzieć. Po jednym z koncertów uczennica wyznała ze skruchą, że na zajęciach pozalekcyjnych grała za słabszą koleżankę, a teraz nie może pójść do spowiedzi.
   Pokolenia pięćdziesięcio-, czterdziesto- i trzydziestolatków do dziś uważają profesora za autorytet. Wiedzą również, że nosi on serce na dłoni. Zdarzało się, że gdy komuś brakowało na internat, dokładał z własnej kieszeni.
   Zrobił się bardzo wrażliwy na dotyk. Nie tylko czyta w Brailu, ale potrafi dłonią rozpoznać rysy twarzy. Nie lubi, gdy ktoś opisuje mu wygląd nowo poznanej osoby. Jej
   
   obraz buduje sobie na podstawie rozmów,
   
   wychwytując dźwięki. Młodzież wie działa, że w ten sposób profesor potrafi bezbłędnie określić wygląd. – Dla wielu oczy są zwierciadłem duszy, a dla mnie tembr głosu – oświadcza.
   – Muzykę cerkiewną zaczęliśmy śpiewać na pod koniec lat 70. – wspomina. Odmieniło to życie zespołu. Zaczęli koncertować po cerkwiach, domach kultury, odnieśli sukces na festiwalu muzyki cerkiewnej w Hajnówce. Pamięta oficjalny koncert w auli liceum w obecności władz. – Wszyscy siedzieli jak zaczarowani – wspomina tamte czasy.
   Pewnego razu dostał telefon od byłej uczennicy ze Stanów Zjednoczonych. – Panie profesorze, zebraliśmy w środowisku pieniądze na operację – usłyszał.
   50 tysięcy dolarów i miejsce w szpitalu czekały. Wystarczyło tylko wykupić bilety. Jednak, po konsultacji z lekarzem, zrezygnował. Nie doszło również do tournee po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Warunkiem organizatora było zmniejszenie ekipy do pięćdziesięciu osób wraz z opiekunami, co znacznie obniżyłoby wyraz artystyczny zespołu, a na to się nie godził.
   Po przejściu na emeryturę, przez dziesięć lat prowadził chór legnickiej parafii.
   – Centrum naszego życia zawsze była cerkiew – wyznaje. Córki nawet na wielkanocnej jutrzni w wózeczku wytrzymywały do trzeciej w nocy. Godzinę później wsiadali do pociągu do Przemkowa, by zdążyć do siostry żony na śniadanie wielkanocne.
   Wielokrotnie nagradzany odznaczeniami państwowymi za działalność na rzecz kultury, najbardziej ceni sobie order św. Marii Magdaleny, wręczony mu przez arcybiskupa Jeremiasza.
   Rok po wypadku trafił do legnickiego koła Związku Niewidomych i
   
   przez ćwierć wieku był jego prezesem.
   
   Pracował nad integracją miejscowego środowiska niewidomych. Wkrótce powstała biblioteka dla niewidomych, jedyna w kraju zorganizowana przy kole związku. Pani Stefania prowadziła ją społecznie przez siedem lat.
   Przy gabinecie prezesa działał także gabinet okulistyczny. Raz w tygodniu członków koła bezpłatnie przyjmował tam specjalista. Koncerty i kursy tańca towarzyskiego dawały osobom z reguły skazanym na zamknięcie w domach szansę na wyjście w świat. Wielu udało się trwale wyciągnąć. Spotykali się na opłatku i święconym, po świętach prawosławnych. Z inicjatywy katolickiego duchownego zawsze śpiewano wschodnie kolędy.
   Wychował kilku zdolnych muzyków, dyrygentów, doktorantów. Powszechnie uważa się, że po jego odejściu na emeryturę chór w liceum nie reprezentuje dawnego poziomu. Byli uczniowie nie zapominają o swoim profesorze. „Kanadyjscy” absolwenci przysłali zaproszenie na październikowe obchody jubileuszu liceum w Toronto. Nie pojechał, ale kasetę z rozśpiewanego wieczoru otrzymał.
   – Z natury jestem perfekcjonistą, a wszystko co robiłem poparte było nie tylko wiedzą, ale i pasją – mówi.
   Pasję do pracy starał się przekazać dzieciom. Jednak jego najważniejszą pasją jest rodzina. Ciepłe rodzinne więzi cechują i Kowalskich, i Dudów, i Kuzemczaków.
   Dwa lata temu przeniósł się z żoną do Zielonej Góry, gdzie wspierają owdowiałą córkę Joannę i wnuki.
   
   Anna Rydzanicz
   fot. album rodzinny Michała i Stefanii Dudów