Weź krzyż i idź za mną

Z arcybiskupem przemysko - nowosądeckim ADAMEM rozmawia Anna Radziukiewicz

  

- Dwadzieścia lat temu, 30 stycznia, odbyła się chirotonia Władyki. Z historii Podkarpacia na blisko trzy stulecia wymazano prawosławną diecezję. Wszak ostatnim prawosławnym władyką diecezji przemyskiej - taka była jej historyczna - był Innocenty Winnicki, który unię przyjął w 1692 roku, niemal sto lat później niż inni prawosławni biskupi Rzeczypospolitej. W 1983 roku stanął Władyka przed zadaniem odrodzenia diecezji. Radość czy strach towarzyszyły temu historycznemu momentowi?

   - Przez osiemnaście lat byłem proboszczem i dziekanem na Podkarpaciu, znałem od podszewki tutajsze trudności i problemy. I mimo to wiadomość o możliwości odrodzenia eparchii wywołała we mnie najpierw radość, potem zakłopotanie, aż w końcu strach mnie ogarnął, gdy dowiedziałem się, że jestem jedynym kandydatem na jej biskupa. Nie bałem się pracy, ale zdawałem sobie sprawę z wielkiej odpowiedzialności za dalsze losy Cerkwi i jej wiernych na tym terenie. Oczekiwania wiernych duże, możliwości małe, parafie mało liczebne - nierentowne, stosunek Kościoła rzymskokatolickiego i miejscowych władz administracyjnych do Cerkwi prawosławnej negatywny, sprawy majątkowe nie uregulowane, kadra duchowieństwa ze względu na inwigilację niestabilna. Myślano, że w tych warunkach Cerkiew się nie utrzyma, a tutaj raptownie prawosławni domagają się restytuowania eparchii. Zdawałem sobie sprawę, że jest to historyczne wydarzenie. Być albo nie być.
   Po rozmowach ze śp. metropolitą Bazylim, duchownymi i wiernymi doszliśmy do wniosku, że gdy taka jest wola Boża, to nie ma co się bać.
   - Na Podkarpacie wróciły jednostki. Łemków i Ukraińców, prawosławnych i unitów, wysiedleńcza Akcja Wisła wtopiła w ziemie zachodniej i północnej Polski jak rodzynki w ciasto. Rozsiała ich daleko od siebie. Wielu tam wrosło, spolonizowało się i zlatynizowało.
   - Ludzie o głębokiej wierze, jak i ci, którym drogie były własne korzenie, nie odeszli do Cerkwi. Przetrwali i na Ziemiach Zachodnich organizowali prawosławne parafie. Inni dali się zastraszyć i zostali zasymilowani. Natomiast ta garstka, której udało się powrócić w rodzinne strony (sporo wagonów z powracającymi zawracano do miejsca wysiedlenia) zastała zgoła inne warunki. Gospodarstwa były rozdysponowane. Trzeba było je odkupić, jeżeli osadnik chciał odsprzedać, albo budować nowe.
   Parafie z trudem udało się erygować tylko tam, gdzie cerkiew stała nie zajęta, a więc przeważnie w stanie złym lub w ruinie. Ciężkie to były czasy. Na budowę nowych cerkwi nie zezwalano. Mówiono: "Bierzcie to co wam dajemy, bo nic innego nie dostaniecie". Najprościej było przenieść metrykę do Kościoła, tych nie prześladowano, ale myśmy nimi gardzili.
   - Jak zareagowały władze państwowe na chirotonię Władyki?
   - Przez ponad pół roku nie było komu podpisać decyzji o restytuowaniu eparchii, bo przeciwko jej powstaniu zaprotestował Kościół rzymskokatolicki i miejscowe władze. Dopiero 6 września podpisał ją ówczesny przewodniczący Rady Państwa, zaś ingres odbył się 30 października 1983 r. w Sanoku.
   - Siedzibą diecezji stał się Sanok, nie Przemyśl, jak to było historycznie.
   Mówią, że historia kołem się toczy. Otóż ostatni dwaj biskupi prawosławni, Antoni i Innocenty Winniccy, rezydowali w Sanoku i Innocenty z Sanoka w 1692 roku, już jako biskup unicki, wrócił do Przemyśla. Ja jako pierwszy biskup odrodzonej przemyskiej diecezji rozpocząłem swą działalność też od Sanoka. Czy to nie dziwne? Po drugie, Sanok geograficznie leży w środku diecezji. Do Krynicy mam 130 km i do parafii najbardziej wysuniętej na wschód - Zapałowa - również 130 kilometrów.
   - Władyka służył na Podkarpaciu od 1965 r., przedtem jako duchowny w Kalnikowie. Tu się urodził w 1926 r. w dużej znanej łemkowskiej wsi Florynka. Cały ubiegły wiek był dla prawosławnych tej ziemi trudny, ale czy po restytuowaniu diecezji się sytuacja polepszyła?
   - O tyle, że prawosławia miało tu nie być, a ono wróciło do ruin, stajni, magazynów, nawet szaletu, bo na takie obiekty zamieniano cerkwie. Śmiano się z nas, że prawosławni modlą się w szalecie. Chodziło o cerkiewkę na Świętej Górze Jawor, sprowadzoną do tej roli przez pograniczników pilnujących granicy. Mogliśmy przejmować tylko te cerkwie, które były w ruinie, o ile nie wyprzedziły nas władze. One bowiem, gdy dowiadywały się o naszych zamiarach, nieraz równały z ziemią te ruiny. Tak było w Łazach, Nakle, Lesku. Albo przekazywały je Kościołowi rzymskokatolickiemu, jak w Tylawie, Rozdzielu, Ustrzykach Dolnych. A my otrzymywaliśmy informację: "Ze względu na brak obiektu sakralnego erygowanie parafii jest niemożliwe".
   - Wszystkie cerkwie wymagały odbudowy lub remontu?
   - Wszystkie. Przez dziesięć lat, a i więcej, nikt tymi cerkwiami się nie zajmował. Na przykład w Hańczowej środkowa kopuła zawaliła się, w Wysowej cały dach przeciekał. Tak samo było w Sanoku, Morochowie, Turzańsku, Szczawnem. Z cerkwi w Blichnarce, Wołowie czy Gładyszowie najpierw wynosiliśmy gnój. W cerkwiach w Zapałowie, Przemyślu, Dziurdziowie, Zagórzu ulokowano magazyny.
   - Cerkwie oddawano z domami parafialnymi?
   - Bez domów i majątków. Duchownym nieraz pokój wynajmowany od parafianina służył jednocześnie za kuchnię, sypialnię i kancelarię.
   - Budowaliście nowe plebanie?
   - Od październikowej odwilży do 1983 roku władze pozwoliły na budowę plebanii jedynie w Pielgrzymce, Hańczowej i Morochowie. W Leszczynach i Bartnem otrzymaliśmy zniszczone domy po wysiedlonych na Wschód.
   - Stan tymczasowości władze chciały w ten sposób podtrzymywać?
   - Z pewnością, Nieraz grożono, że nas znowu wysiedlą.
   - O utworzenie eparchii zaczęliście zabiegać w tej sytuacji dopiero w latach osiemdziesiątych?
   - Na dobre tak, chociaż pod koniec lat 50. takie zamysły pojawiły się już, ale szybko wybito je z głowy. Dopiero na początku 1981 r. wierni złożyli do metropolii i rządu podanie z dwoma tysiącami podpisów o erygowanie diecezji. Już wtedy wskazywali na mnie jako przyszłego władykę.
   - Rząd wolał jednak słuchać biskupów Kościoła rzymskokatolickiego?
   - Chyba nie do końca. Oni przestrzegali, że po utworzeniu naszej eparchii może dojść na Podkarpaciu do konfliktów.
   - Dochodziło i bez eparchii. Czy konflikt o Polany był najgroźniejszy?
   - Po szeregu prowokacji cerkiew w Polanach odebrano w 1971 roku. Ustalono, że katolicy wejdą do niej siłą, a władze nie będą w tym przeszkadzały. I tak się stało. Akt był o tyle groźny, że miał zapoczątkować serię tego typu bezprawia. Cerkwie w Zapałowie, Pielgrzymce i Kłokowicach miały podzielić los Polan. Miał to być pierwszy etap likwidacji prawosławia na tym terenie. W Zapałowie lokalne służby budowlane zamknęły kościół rzymskokatolicki, zauważyły w nim bowiem szczeliny i stwierdziły, że obiekt może runąć. Katolicy w tej sytuacji mieliby przejść do cerkwi. Ale tym razem godnie zachował się proboszcz rzymskokatolickiej parafii. Powiedział - cerkiew nie jest nasza i zbudował obok kościoła szopę. W niej się modlono. Władze nie miały wyjścia. Kościół otworzyły. Służy do dziś. I szczeliny nikomu nie przeszkadzają.
   - O Polanach było głośno.
   - Tak. Pisaliśmy o nich wszędzie. Sprawa przedostała się za granicę. Ten rozgłos powstrzymał władze przed dalszymi krokami. Ale cerkwi w Polanach nie odzyskaliśmy Wtedy do Polan przyjechał redaktor naczelny szwajcarskiego pisma, traktującego o wierze w krajach komunistycznych, "Glaube in der 2. Welt", pastor Eugen Voss. Przyjechał incognito, tak mu się wydawało. Był jednak tropiony. Na granicy rewizja. Skonfisko-wano mu wszystkie nasze petycje kierowane do rządu.
   - Jeszcze przed odnowieniem diecezji rozpoczęto budowę cerkwi w Krynicy. Długo trwały zabiegi o pozwolenie na inwestycję?
   - Pierwsze próby restytuowania parafii, na prośbę wiernych, jak wszędzie zresztą, były podejmowane jeszcze w 1961 r. Dopiero w 1981 r. pozytywnie rozpatrzono naszą prośbę, ale wcześniej zezwolono unitom na otwarcie parafii w Krynicy, a Kościół rzymskokatolicki udostępnił im byłą cerkiew w Krynicy wsi. Zapewne myślano, że byli unici, którzy deklarowali się za Cerkwią prawosławną, w tych warunkach, kiedy nie ma świątyni ani placu pod budowę cerkwi, pójdą z powrotem do unitów. Jednak tak się nie stało. Ludzie byli zdeterminowani. Kupiono plac, na którym postawiono kaplicę i przystąpiono do budowy cerkwi i plebanii. Dzięki zapobiegliwości o. Bazylego Gałczyka i naszym staraniom o finansową pomoc w Krynicy stoi dziś piękna, wyświęcona w 1995 r., cerkiew i plebania.
   - Imponujący jest zespół w Gorlicach - cerkiew, dom parafialny, w którym mieści się między innymi cerkiewne muzeum. Tu już nie było przeszkód?
   - W Gorlicach nie chciano nam podpisać aktu notarialnego na kupno placu. Uczyniono to dopiero w Jaśle. Budowę, wspieraną między innymi przez Szwajcarów i naszych wiernych zza oceanu, rozpoczęliśmy w 1986 r., a trzy lata później władze nas zmroziły - zaplanowały objazdówkę, która miała przebiegać dokładnie przez cerkiew. Na szczęście tego samego roku zmieniono władze i plany.
   - Ile macie teraz cerkwi na Podkarpaciu?
   - 34: 5 prawosławnych pobudowanych w latach 30. (na Łemkowszczyźnie przed wysiedleniem mieliśmy 58 cerkwi), 5 pobudowanych po 1983 roku, a reszta to cerkwie pounickie. Pobudowaliśmy plebanie w Kalnikowie, Kłokowicach, Zapałowie, Komańczy, Hłomczy, Bartnem, Gorlicach i Krynicy. Kupiliśmy domy w Sanoku i Przemyślu. Teraz wszyscy duchowni mają gdzie mieszkać. Jak na nasze warunki i możliwości dokonano wielkiego wyczynu.
   - Ale czas spokoju jeszcze nie nastał. Konflikt z unitami jest jak niezagojona rana. Żeby go zrozumieć, trzeba się cofnąć do przełomu lat 80. i 90., czyli czasu tworzenia ustaw o stosunku państwa do dwóch Kościołów - rzymskokatolickiego i prawosławnego?
   - Nawet wcześniej. Spornych z punktu widzenia unitów cerkwi jest 24. Do nich wchodziliśmy, na prośbę wiernych, po powrocie z ziem zachodnich, często po latach ich nieużytkowania, wszędzie bardzo zniszczonych. Zawsze powtarzam - gdybyśmy ich wtedy nie odbudowali, dziś nie byłoby po nich śladu. Ani problemu.
   - Co więc unici proponują względem tych cerkwi?
   - Trudno wyczuć. Dwa razy się spotykaliśmy, ale bez rezultatu. Nasza Cerkiew dąży do zachowania status quo, co pozowoli rozpocząć naprawdę braterską współpracę. Powinien zwyciężyć rozsądek, chyba że ktoś trzeci podejmuje decyzje... i namawia do współużytkowania, do konfliktów.
   - A prawosławni?
   - Widzą w tym podstęp, próbę jeszcze jednego skasowania prawosławia na Podkarpaciu.
   - Ile unici mają cerkwi?
   - Odprawiają w 53, w niektórych wspólnie z rzymskimi katolikami.
   - Im łatwiej było odradzać swoje wspólnoty?
   - Mimo że wchodzą w strukturę Kościoła katolickiego jako jeden z obrządków, też mieli spore trudności. Ale chętnie pozwalano im działać tam, gdzie prawosławni mieli swoje parafie.
   - I unici uważają teraz, że mają za mało cerkwi. Potrzebują jeszcze dwudziestu czterech?
   - Nie sądzę, że to jest pomysł ich wiernych. Ci odżegnują się od wszelkich konfliktów. Uważają, że to co zaistniało ponad czterdzieści lat temu, jest już wartością trwałą. Organizacja też. W tych cerkwiach, które mają, nie ma komu się modlić. Myślę, że konflikty tworzy hierarchia i niektórzy ich duchowni, a może ktoś trzeci, co byłoby całkiem zrozumiałe... Na Podkarpaciu jest jeszcze dużo popadających w ruinę unickich cerkwi. Ale grekokatolicy byliby nimi zainteresowani wtedy, gdybyśmy je wyrementowali.
   - Cofnijmy się o ponad dziesięć lat. Już wtedy sprawa tych cerkwi była bardzo gorąca. Dlaczego nie doszło w 1991 roku do prawnego uregulowania ich statusu?
   - Zanim doszło do zatwierdzenia naszej ustawy w 1991 roku, dwa lata wcześniej ukazała się ustawa o stosunku państwa do Kościoła rzymskokatolickiego. Przed jej zatwierdzeniem, z inicjatywy urzędu do spraw wyznań, doszło do spotkania przedstawicieli Kościołów prawosławnego i rzymskokatolickiego. Nam zaproponowano, w związku ze zmianami politycznymi i migracją ludności, jak określono akcję wysiedlania, byśmy zaakceptowali niekorzystne dla nas status quo. Kościół rzymskokatolicki miał wejść prawnie w posiadanie blisko 150 cerkwi prawosławnych i ich majątków na Podlasiu, Lubelszczyźnie, Chełmszczyźnie i dwóch na Łemkowszczyźnie. W zamian obiecał nie rościć pretensji do tych 24 cerkwi na Podkarpaciu.
   - Dwa lata później Kościół rzymskokatolicki złamał tamtą, niestety ustną, umowę.
   - Reprezentujący Ukraińców poseł Włodzimierz Mokry, unita, nie zgodził się, by Cerkiew stała się właścicielem tamtych 24 świątyń. 30 kwietnia 1991 r. zwróciliśmy się jako duchowni i starostowie naszej diecezji z listem do posła Mokrego. Pisaliśmy m.in.: "Sprawa jest tym bardziej bolesna, że Kościół rzymskokatolicki poprzez ustawę z 17 maja 1989 r. zabrał na własność ponad 320 cerkwi grekokatolickich. Wy, Panie Pośle, i nikt z katolickiego duchowieństwa nie protestował przeciw temu. (...) Cerkiew prawosławna wniosła wielki wkład, ratując nie tylko świątynie przed ruiną, ale i ludzi przed usilnym wynaradawianiem. Kiedy rozprawiacie się z Cerkwią prawosławną na Podkarpaciu, jak wtedy obroni się Kościół katolicki obrządku bizantyjskiego?"
   - Ale poseł Mokry was nie posłuchał.
   - Złożył "wniosek mniejszościowy". To spowodowało, że te świątynie stały się własnością państwa. Do dziś problem nie jest rozwiązany.
   - Ostatnie dwie dekady przyniosły i radosne wydarzenia.
   - Do najbardziej radosnych zaliczyłbym kanonizację syna łemkowskiej ziemi św. Maksyma Gorlickiego (Sandowicza) 6 września 1994 r. w Gorlicach, prosławlenije cudotwórczej Sanockiej Ikony Bogarodzicy we wrześniu 1997 r., ikony, którą, już jako łaskami słynącą w 1790 r. przeniesiono z cerkwi Narodzenia Bogarodzicy w Sanoku do cerkwi Świętej Trójcy, gdzie obecnie się znajduje. Wcześniej zaś, 6 grudnia 1993 r., mnisi z Ujkowic, ojcowie Nikodem i Atanazy, złożyli prośbę o przyjęcie ich, katolików obrządku wschodniobizantyjskiego, do Cerkwi prawosławnej. 29 czerwca 1994 r. w soborze w Sanoku miał miejsce akt przyjęcia mnichów do Cerkwi. Akt cieszył tym bardziej, że na Ukrainie w tamtych latach powszechny był odwrotny proces. Baliśmy się, że ten trend przeniknie do nas. Ale nasi ludzie mówili: "Wiarą handlować nie będziemy".
   - Władyka często powtarza: tak długo będziem narodem, jak długo będziemy chronić język ojczysty.
   - Przecież to zrozumiałe. Jeżeli tracimy wiarę Ojców i ojczysty język, przestajemy być narodem. Kiedy tu wróciliśmy po październikowej odwilży i dwoje naszych ludzi, spotkawszy się na ulicy rozmawiało po swojemu, usłyszeli: "tu jest polska ziemia, jesteście na drodze publicznej, jak rozmawiacie!" Ale wszystko przetrwaliśmy, również ogołacanie naszego narodu w pierwszym rzędzie z inteligencji. Teraz nasze wszystkie dzieci umieją mówić po swojemu, tak jak ich rodzice. One nie muszą mówić literackim językiem. Niech mówią tak, jak się mówi w ich domach.
   - Ale w domach na Białostocczyźnie to rodzice pierwsi krzywdzą dzieci - zwracają się do nich po polsku, nawet nauczycielka białoruskiego do swojej córki studiującej w Mińsku mówi po polsku!
   - Jest nam przykro, gdy przyjeżdżają do nas prawosławni młodzi ludzie z północy. Wszyscy mówią po polsku. Im nie przekazano tej wielkiej odpowiedzialności, że jeśli chcą zachować naród, muszą zachować język. Rozmawiamy z nimi na ten temat. Kiedy przyjeżdżają drugi raz, zaczynają mówić po swojemu. To cieszy. Sądzę, że w naszych warunkach Cerkiew powinna zajmować się nie tylko sprawami wiary, ale i patriotycznym wychowaniem, tak aby prawosławni strzegli drogocennych skarbów, jakimi są wiara i język. Musimy stworzyć takie warunki, aby dziecko rozumiało, że jego korzenie są inne, żeby się ich nie wstydziło i żeby je szanowało.
   - Weź krzyż i idź za mną - te słowa Zbawiciela Władyka powtarza często.
   - Nie znamy tajemnic Bożych, ale wiadomo, że każdy ma swój Krzyż, który dźwiga przez całe życie. Łatwiej jest zejść na manowce niż podnieść się z upadku. I nie zawsze to co miłe i przyjemne jest korzystne. Ap. Paweł mówi: "Wszystko mi wolno, ale nie wszystko jest pożyteczne" (1 Kor 6,12). Moim obowiązkiem jako duszpaterza jest przypominanie wiernym o przestrzeganiu Przykazań Bożych.
   - Ekscelencjo! Minęło 20 lat Waszej arcypasterskiej posługi i co dalej?
   - Co Bóg da. Módlmy się, aby Pan Bóg zachował pokój na świecie.
   - Dziękujemy za rozmowę i prosimy o arcypasterskie błogosławieństwo.

 

Anna Radziukiewicz

fot.Marek Dolecki

Przegląd Prawosławny nr 3 (marzec 2003)


Przegląd Prawosławny

Kliknij, aby przejść

do Przeglądu Prawosławnego