Z widokiem na góry

Michał Sandowicz na imprezie Język Łemkowski z Komputerem
Michał Sandowicz na imprezie Język Łemkowski z Komputerem

   ”Urodził się w rodzinie, przynależność do której zobowiązywała. Od najmłodszych lat był uczony, że człowiek żyje po to, aby dzielić się z ludźmi swoim sercem i talentami, że w życiu należy siebie dawać innym. Chociaż urodził się w Warszawie i tam spędził większą część życia, to sercem przebywał na Łemkowszczyźnie. Tę miłość do ojczyzny przodków ze strony ojca wyniósł z domu. Dla Sandowiczów była ona niczym piękny, ale zakazany owoc i przez to pewnie tak wytęskniona. Po wojnie rodzina, gdy chciała pomodlić się na grobie świętego Maksyma w Żdyni, musiała starać się o oficjalne zezwolenie w wojewódzkiej komendzie milicji.
   - Pamiętam, że nasze powroty do Żdyni w latach 50. i 60. były trudne. Nie zawsze też mieliśmy takie zezwolenie - wspomina Wiera Sandowicz - Bąkowska, siostra Michała.
   Bywało, że rodzina używała forteli. Sandowiczowie wykupywali np. wczasy w Krynicy i wędrowali górami do Wysowej, skąd do Żdyni już niedaleko. Rodzina miała kilka zaprzyjaźnionych domów. W Wysowej przyjmowało ich małżeństwo Demczków. Pani Wiera pamięta, jak pewnego razu wieczorem przyszli do wsi już po zmroku. Chyża Demczków stała na skraju, jednak milicji doniesiono, że ktoś przyszedł do wsi. Gospodarze w pośpiechu ukryli Sandowiczów w stodole i zapewnili milicjantów, że są sami.
   Za przeszłość rodzinną, szacunek, jakim cieszyli się wśród Łemków, nie podobali się władzy ludowej, nie podobali się też władzom w przedwojennej Polsce, byli persona non grata na własnej ziemi. Może dlatego z uporem wracali w swoje Beskidy? Wracał też w dorosłym życiu Michał Sandowicz, nie jako wnuk świętego, ale syn tej ziemi - Łemko.
   Oprócz łemkowskiego kochał język i kulturę rosyjską - kulturę matki. Miłościom tym nie szczędził energii ani talentu, a był, jak mawiali o nim znajomi, człowiekiem renesansu.
   Swoje życie zawodowe w dużej mierze poświęcił Warszawie. Jako pracownik naukowy Politechniki Warszawskiej i wzięty architekt zaprojektował kilka osiedli w stolicy, wniósł duży wkład w budowę metra, był współprojektantem największej jego stacji - Wilanowska. Zaprojektował kilka kościołów rzymskokatolickich, chociaż nigdy nie ukrywał swojej przynależności religijnej i narodowościowej. Tu jego konsultantem był kardynał Stefan Wyszyński. W cerkwi na Woli zostawił po sobie dzwonnicę cerkiewną.
   Michał Sandowicz był bardzo wrażliwy na krzywdę ludzką. Wartość człowieka oceniał nie według stanu majątkowego, ani poziomu wykształcenia, a po prostu człowieczeństwa. Tę wartość potrafił dojrzeć nawet u bezdomnego.
   Znajomi żartując mawiali o nim, że wszystkie życiowe fajtłapy i nieudacznicy garną się do Michała. Kilka lat temu przyprowadził nawet do domu bezdomnego z Dworca Centralnego. Zaoferował mu mieszkanie, wikt i opierunek w zamian za… konwersacje po francusku i niemiecku. Bezdomny był inteligentnym, skłóconym z życiem człowiekiem. W domu wytrzymał raptem dwa tygodnie, po czym przeprosił swego dobrodzieja i wrócił na dworzec. - Mówił, że nie umie już żyć w normalnych warunkach, potrzebuje przestrzeni - opowiadał ku zdziwieniu przyjaciół Sandowicz.
   Z powrotów na Łemkowynę, z rozmów z krajanami czerpał garściami, bo oni byli autentyczni, stąd - prawdziwi. Nie wynosił się przy tym, że jest kimś wyjątkowym, wnukiem świętego Maksyma. Dla nich był po prostu Michałem. Mieszkając w Warszawie czasami pomagał ich dzieciom stawiać pierwsze kroki w stolicy. Przed laty pewna starsza Łemkini, widząc zdjęcie Sandowicza, z ciepłym uśmiechem wyznała: - O, Michał! Pewnie że go znam, kiedy moje dziecko nie miało miejsca w internacie, bez problemu przyjął je pod swój dach.
   Na Łemkowynę chorował od dzieciństwa. Przyjeżdżał tu od lat z rodzicami i siostrą Wierą, ale ta "choroba" uaktywniła się u niego w 1994 roku. We wrześniu, w 80. rocznicę śmierci, kanonizowano jego dziadka. Uroczystości w Gorlicach zebrały rzesze wiernych z Polski, Stanów Zjednoczonych i Kanady. Reprezentował tam wraz z siostrą i synem Wiktorem rodzinę. Jego ojciec, ksiądz Maksym, zmarł w 1991 roku, matka, matuszka Tatiana, pozostała - chora - w Warszawie. Jednak rodzina nie ograniczyła się tylko do roli reprezentacyjnej. To oni stanowili komitet organizacyjny uroczystości. Zbierali też fundusze na budującą się cerkiew św. Maksyma (nosi ona także wezwanie Świętej Trójcy) od chwili wmurowania kamienia węgielnego. Wiedzieli jak je pozyskiwać. Dla Michała nie było rzeczy niemożliwych.
   - Drzwi urzędów stały dla niego otworem. Współpraca z nim układała się fantastycznie - wspomina Roman Braun, wiceprezes Prawosławnej Organizacji Sportowej.
   W 1994 roku Michał Sandowicz został jednogłośnie na walnym zjeździe wybrany prezesem POS. Natychmiast działalność organizacji nabrała rozmachu. Nowy prezes miał mnóstwo pomysłów, nie wahał się zwracać z prośbą o dotacje do ministerstwa. Szybko rozpracował mechanizm działania organizacji od strony formalno-prawnej. Organizacja utworzyła oddziały w pięciu diecezjach w Polsce. Sandowicz sypał pomysłami jak z rękawa.
   - Jestem niewolnikiem swoich pomysłów, tylko brakuje mi ludzi i czasu do ich realizacji - zwykł mawiać.

22 grudnia w szpitalu wojskowym w Łodzi zmarł Michał Sandowicz. Odszedł człowiek prawy, w mądrości swojej skromny - tak w pośmiertnym słowie napisał Piotr Trochanowski, przyjaciel zmarłego. Odszedł wielki społecznik i przyjaciel.

   Jeszcze w tym samym roku wyruszył rowerowy rajd szlakiem św. Maksyma Gorlickiego. W następnych latach wyjeżdżano na łemkowską watrę do Michałowa, zorganizowano obozy sportowe dla młodzieży, rajd po górach Sokołowsko - Wałbrzych i Wałbrzych - Sokołowsko. W Sokołowsku za namową Michała Sandowicza i przy jego udziale budynek dawnego przedszkola zaadaptowano na potrzeby prawosławnej młodzieży.
   W 1994 roku Prawosławnej Organizacji Sportowej nadano imię św. Maksyma Gorlickiego.
   - To ja wystąpiłem z tą propozycją, bo Michał był zbyt skromny, żeby na patrona zaproponować swego przodka - wspomina Roman Braun.
   W Warszawie bez kompleksów występował jako Łemko, był z tego dumny. Jego marzeniem było wypromowanie ojczystej kultury w świecie. Piotr Trochanowski w pośmiertnym słowie zacytował słowa Michała Sandowicza: urokliwa bywa wygnańcza ojczyzna Łemków, skryta pośród lasów Dolnego Śląska, ale wielki świat w wielkim świecie właśnie może i powinien dostrzec Łemków, ich piękną i bogatą kulturę.
   Od wielu lat organizował w stolicy słowiańskie wieczory przy samowarze. W czasach studenckich były to wieczory rosyjskiej pieśni i poezji, a potem łemkowskiej. Kochał kultury, z których kręgów wywodzili się rodzice, były mu one szczególnie drogie.
   W 1999 roku został wiceprezesem Stowarzyszenia Łemków, ten fakt związał go jeszcze bardziej z ich sprawami społeczno - kulturalnymi. Jednak wciąż myślał o założeniu fundacji, która umocniłaby edukacyjnie i kulturalnie Łemkowszczyznę. Zaczął działać intensywnie w 2000 roku. W połowie roku miał przygotowaną dokumentację, którą wraz z wnioskiem złożono w Sądzie Rejonowym dla miasta Warszawy do rejestracji.
   - Działalność rozpoczynaliśmy z tysiącem złotych w kieszeni - wspomina Grażyna Kupiec, współpracownik Fundacji Wspierania Mniejszości Łemkowskiej Rutenika.
   W sierpniu 2001 roku sąd zarejestrował Rutenikę, w styczniu 2002 Michał Sandowicz zorganizował po raz pierwszy Warszawskie Dni Łemkowskie, które okazały się sukcesem. W ciągu miesiąca wystawy towarzyszące imprezie zwiedziło ponad tysiąc osób. Przy okazji tej imprezy, z inicjatywy Sandowicza, powstał Słowiański Chór Fundacji Rutenika pod dyrekcją Jerzego Szurbaka i Władysława Chanasa. Chór przy wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego nagrał płytę Ridna Lemkowyna, na której znajdują się: Beskide, mij Beskide i Kołysanka - pieśni z muzyką i słowami Michała Sandowicza. Na płycie po raz pierwszy od 1918 roku chór wykonuje rusińską Pieśń Talerhof, na jej nuty ze słowami natrafił Sandowicz w jednej z bibliotek Odessy.
   Początkowo, zanim zaczęły napływać pozyskane na realizację projektów pieniądze, działalność fundacji finansował z własnych środków. Latem 2002 roku w Polsko - Japońskiej Szkole Technik Komputerowych przy Koszykowej Rutenika zorganizowała dla dzieci spotkanie Język Łemkowski z Komputerem. W październiku 2002 roku w parku przy Sejmie odbył się łemkowski kermesz. Wzniesiono wtedy prawdziwą łemkowską chyżę, miały miejsce koncerty, wystawy - była to prawdziwa promocja kultury.
   Kolejnym wyzwaniem dla fundacji stał się międzynarodowy obóz dla dzieci i młodzieży rusińskiej w Medżelaborcach w Słowacji. Pieniądze na jego zorganizowanie uzyskano z funduszu wyszehradzkiego.
   We wrześniu przy współpracy Unii Europejskiej Sandowicz zorganizował w Legnicy spotkanie poświęcone ekonomiczno - gospodarczym możliwościom powrotu Łemków na wybrane tereny Beskidu Niskiego. Tak powoli realizowało się jego marzenie.
   W październiku ubiegłego roku w szkole podstawowej w Gładyszowie fundacja sfinansowała tablicę upamiętniającą patronkę szkoły Aleksandrę Wisłocką, nauczycielkę łemkowskiego, zamordowaną przez gestapo. Odsłonięciu tablicy towarzyszyły uroczystości, podczas których prezes Sandowicz na ręce dyrektora złożył list od minister Krystyny Łybackiej i podarunek - dziesięć komputerów ze stolikami. Dzięki temu mała szkoła, gdzie najwięcej w Polsce - 46 dzieci - uczy się łemkowskiego, stała się jedną z najlepiej wyposażonych w powiecie gorlickim.
   Miał mnóstwo ciekawych planów na przyszłość.
   W sierpniu ubiegłego lata pojechał do Grazu w Austrii, gdzie w czasie I wojny światowej istniał obóz internowania w Talerhofie, w którym uwięziono wielu Łemków. Okazało się, że po dawnym obozie nie ma śladu. Znajduje się tam teraz lotnisko, prochy byłych więźniów przeniesiono na pobliski cmentarz, a księgi metrykalne i zgonów przekazano miejscowemu proboszczowi. W towarzystwie swego wuja Arkadiusza, syna babci Pelagii Sandowicz z drugiego małżeństwa, wybrał się na rzymskokatolicką plebanię. Ksiądz początkowo nieufnie przyglądał się krewnym więźniów. Jednak lody, dzięki Michałowi, zostały przełamane. Dalsza część spotkania przebiegała w przyjaznej atmosferze. Ksiądz udostępnił im wszystkie księgi z tamtego okresu, przeważnie z datami zgonów więźniów, i zaproponował pomoc w przyjęciu gości z Polski latem 2004 roku, w czasie obchodów 90. rocznicy powstania obozu. Pomoc obiecała też ambasada Republiki Austrii w Polsce. Do Talerhofu planowano wysłać dwa autokary.

w gładyszowskiej szkole
w gładyszowskiej szkole

    Wiosną 2004 roku miał odbyć się, staraniem fundacji, rajd śladami św. Maksyma. Sandowicz zamierzał też napisać autobiograficzną książkę.
   Rok 2003 był wydawniczo dla Ruteniki bardzo udany. Trwały prace nad książkami edukacyjnymi dla dzieci i młodzieży. Piętnastego grudnia Michał Sandowicz wyruszył ze swoją ostatnią w starym roku misją na Łemkowszczyznę, aby zebrać recenzje na temat wydawanych książek…


   * * *
   29 grudnia ubiegłego roku w cerkwi na Woli w Warszawie odbyły się uroczystości żałobne. Cerkiew wypełniła się po brzegi. Przyszli pożegnać go przedstawiciele ministerstw, koledzy z uczelni, studenci i przyjaciele. Nabożeństwo celebrował o. Anatol Szydłowski. W uroczystościach oprócz duchownych prawosławnych uczestniczyli księża rzymskokatoliccy. Chór Fundacji Rutenika zaśpiewał zmarłemu Wicznaja Pamiat’ i patriotyczną pieśń Ja Rusyn był. Prezydent Aleksander Kwaśniewski odznaczył Michała Sandowicza pośmiertnie Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
   Ciało zmarłego, zgodnie z jego wolą, pochowano 10 stycznia 2004 w Żdyni. Spoczął po prawej stronie, obok kanonizowanego dziadka Maksyma i pradziada Tymoteusza. Uroczystościom w asyście księży diecezji przemysko - nowosądeckiej przewodniczył o. Bazyli Gałczyk, przyjaciel zmarłego. Nad trumną ostatnimi słowami żegnali go i inni przyjaciele.
   Człowiek, który gotów był przewrócić góry, by ukochany jego Beskid odnaleźć mógł swoje miejsce pośród krain szczęśliwych - napisał o nim Trochanowski - spoczął w miejscu, gdzie jeszcze stał 6 września 2003 i mówił przyjaciołom: - Jak umrę, będę miał tu piękny widok na góry…
   Wicznaja Pamiat Tobi Pane Mychale…

Anna Rydzanicz

 fot. archiwum autorki i fundacji Rutenika

Przegląd Prawosławny nr 2 (luty 2004)