Filmowy pomnik

Zyndranowa - wieś na Przełęczy Dukielskiej, nazwę zawdzięcza swemu założycielowi, sławnemu rycerzowi polskiego średniowiecza – Zyndramowi z Maszkowic. Niedaleko w czasie II wojny światowej rozegrała się krwawa bitwa pomiędzy wojskami hitlerowskimi a czechosłowackimi. Czesi i Słowacy stracili wszystkie swoje czołgi. W 1947 roku w ramach Akcji Wisła wysiedlono stąd rdzennych mieszkańców wsi - Łemków. Dzisiejsza wieś, zamieszkała przez trzydzieści rodzin, łemkowską jest w połowie. W Polsce i za granicą słynie z jedynego prywatnego skansenu łemkowskiego. Najbardziej znanym mieszkańcem wsi jest jego założyciel, Teodor Gocz.
   - Wróciłem tu pod koniec lat 50., wtedy myślałem, jak tu moją rodzinną chyżę przekształcić w muzeum. I tak to się zaczęło, skansen założyłem w 1969 roku - mówi Teodor Gocz.

   W 55. rocznicę Akcji Wisła Stowarzyszenie Łemków postanowiło zrealizować pełnometrażowy film fabularny, opowiadający o tamtych wydarzeniach. Scenariusz Andrzeja Kopczy ukazuje tragedię Łemków z perspektywy jednej rodziny.
   Mamy ślub wnuczki, śmierć babci, aresztowanie pana młodego za udział w partyzantce ukraińskiej, a przede wszystkim przymusową deportację.
   To właśnie zyndranowski skansen, wnętrze rodzinnej chyży Teodora Gocza, ma zagrać dom Kościaków, bohaterów filmu.
   1 lipca, popołudnie, pierwszą sceną, do której przymierzają się filmowcy, jest modlitwa babki Marii, która właśnie przyjechała na ślub wnuczki Oleny. W tej roli pani Olga Peregrym. Aktorka klęka przy ławie na środku izby, obok pieca, i żarliwie wczuwa się w tekst. Niespodziewanie pani Oldze płyną łzy po policzkach i nie jest to bynajmniej efekt charakteryzacji. Ożyły wpsomnienia. Urodzona w 1931 roku, dobrze zapamiętała tamte wydarzenia. Reżyser na chwilę wstrzymuje pracę na planie, pani Olga uspokaja się i decyduje, że scenę modlitwy przeniesie się na jutro.

    LIPIEC 2002

pani Olga Peregrym ogląda gospodarstwo filmowej wnuczki

   Dziś jeszcze ekipa kręci sceny rozmowy Marii z oficerem Wojska Polskiego, dawnym akowcem, przyjacielem poległego syna Piotra, teraz egzekutorem decyzji władz. Przeszłość porucznika zna tylko ona. Jest jeszcze fotografia poległego Piotra, żołnierza AK, z oficerem, którą ten ofiaruje matce. Pani Olga kreuje hardą Łemkinię. Mimo wieku, choroby i pasma tragedii rodzinnych nie da się wysiedlić - woli umrzeć.
   Scenę śmierci Marii kręcimy dwa dni później. W realiach filmowych, po niedzielnym nabożeństwie i ślubie wnuczki, zamiast wesela wieś czeka exodus. Maria, mimo nalegań porucznika, nie daje się ruszyć z ławy przy piecu. Tu jest jej miejsce. Pada wystrzał. Oficer ma wyrzuty sumienia, bo kiedyś to właśnie ona ratowała mu życie. Wpada przerażona córka Anna z rodziną. - Zabiliście ją - powietrze rozdziera stwierdzenie Anny. Jej matka, oparta o piec, wydaje się pogrążona we śnie, jakby trwała na posterunku.
   - Pisząc scenariusz myślałem o pokoleniu Łemków, które przeżyło te wydarzenia, a jednocześnie o młodych, być może nie pojmujących wagi tamtych chwil - mówi Andrzej Kopcza, reżyser filmu. - Moim zamierzeniem jest wzniesienie pomnika ofiarom Akcji Wisła, a także twórcom współczesnej łemkowskiej kultury. Pisząc, myślałem o konkretnych osobach, postaciom filmowym nadałem niektóre ich cechy. Dzięki temu w filmie będzie można obejrzeć najwybitniejszego współczesnego łemkowskiego poetę Petra Trochanowskiego - Muriankę. Główne role odtwarzają aktorzy teatru Stowarzyszenia Łemków w Legnicy.

Olena i Paweł

 Pierwsze sceny w filmie to przyjazd matki. Kręcone są 4 lipca, w czwartek. Raptem okazuje się, że na wsi jest problem z wypożyczeniem inwentarza. Tu pomocny okazuje się pan Teodor Gocz. Przed południem na plan wozem przyjeżdża miejscowy gospodarz. Klacz jest młoda, narowista - nie czuje kamery, w lipcowym upale pada ofiarą bąków. Stefan Kosowski, filmowy Dymitr Kościak, ma problemy z utrzymaniem konia w ryzach. Pierwsze ujęcie z udziałem zwierząt przypominają sceny z cyrku Monty Pythona. Pada komenda: "Kamera! Akcja!" i wóz, na którym siedzi babcia, podjeżdża do bramy przed zagrodą. Koń gwałtownie hamuje i ogrodzenie przewraca się na ziemię z lekkością pudełka od zapałek. Za chwilę powtórka ujęcia, brama znów leży na ziemi. Zza kamery dobiega salwa śmiechu. Następne ujęcie na szczęście "jest do wzięcia".

   W powietrzu wisi burza.
   Do sfilmowania pierwszego ujęcia ze scenopisu ekipa ustawia się nad brzegiem górskiego potoku Panna, okalającego skansen. Na drugim brzegu, z odległości pięciuset metrów, górską drogą, od strony białej kapliczki, wyjeżdża wóz naładowany gospodarskimi sprzętami. Dymitr Kościak przywozi teściową, na furze zalegają sprzęty pozostałe po pożarze jej chyży. Siedzący z tyłu wozu syn Michał trzyma na łańcuchu czerwoną krowę. Zwierzę idzie opornie. Chmury zniżają się coraz bardziej, od słowackiej strony słychać grzmoty. Właściciel inwentarza niepokoi się: - Pani, mam do domu jeszcze dobry kilometr.

oficer z kompanią

    Jednak produkcja filmowa rządzi się swoimi prawami i ujęcie trzeba powtórzyć. Wielkie krople deszczu spadają na ziemię. Ostatnie ujęcia powstają w scenerii letniej burzy.
   We wtorek, 9 lipca, ekipa przenosi się do Gorlic. Stamtąd bliżej do Leszczyn i Kunkowej, gdzie będą kręcone sceny zbiorowe.
   Dzień zapowiada się upalnie, od rana przed cerkwią św. Łukasza w Leszczynach czeka grupa statystów. Oni zagrają mieszkańców wysiedlanej wsi i polskich żołnierzy przeprowadzających akcję wysiedleńczą. Statystów przywiózł autobus z Legnicy.
   We wsi poruszenie, filmowców jeszcze tu nie było. Zdjęcia miały się rozpocząć o 10. Niestety, zwijanie obozu filmowców w Zyndranowej oraz sprawy organizacyjne przeciągnęły się. Szefostwo ekipy wysiada z samochodu, w tłumie słychać głosy niezadowolenia, minęło południe. Przed ekipą naprawdę męczący dzień. Zgodnie z planem filmowców najpierw czekają sceny ślubu. Zagrają w nich wnętrza tej właśnie cerkwi.
   Świątynia w Leszczynach należy do najpiękniejszych w tej części Beskidu. Tu naprawdę czas ma inny wymiar, rzeczywistość zdaje się być wzięta poza nawias.
   W ławkach czekają goście weselni: kobiety w ludowych strojach, mężczyźni mniej na ludowo, raczej w marynarkach, dzieci. Księdza zagra Michał Sandowicz, wnuk św. Maksyma Sandowicza, rozstrzelanego przez austriackich żołnierzy w 1914 roku za trwanie przy prawosławiu.

Leszek Kołtko w pełnym rynsztunku, gotowy do zdjęć

     - Wzoruję się na moim ojcu, on celebrował liturgię powoli, z namaszczeniem - mówi Michał Sandowicz, nie tylko wnuk, ale i syn księdza, w cywilu doktor inż. architekt.
   Prawdziwym duchownym na planie jest ksiądz Andrzej Kwoka, pełniący funkcję koordynatora i konsultanta do spraw liturgicznych, proboszcz parafii w Leszczynach i Kunkowej. W filmie, wmieszany w tłum, zagra weselnego gościa. W przerwach ujęć całą ekipę częstuje na plebanii pyszną grochówką.
   Po sytym obiedzie ekipa pospiesznie przenosi się do Kunkowej. Tutejsza cerkiew pokazana będzie tylko z zewnątrz. Jest późne popołudnie, za chwilę ekipie siądzie ekspozycja, tak językiem filmowym mówi się o przerwaniu zdjęć spowodowanym brakiem światła, a tu jeszcze trzeba nakręcić sceny wychodzenia orszaku weselnego z cerkwi.
   10 lipca przed cerkwią w Kunkowej powstają sceny wysiedlenia wsi. Po niedzielnym nabożeństwie i ślubie Oleny i Pawła, pod świątynią na mieszkańców czeka wojsko. Tu odbywa się apel wysiedlanych Łemków. Sierżant czyta listę wysiedlanych mieszkańców. Na hasło "Barna Maria" z tłumu pod nogi oficera rzuca się niepozorna kobieta, przejmująco błagając: - Pane, ne wysedlajte nas!
   Rola, choć epizodyczna, zwraca uwagę kreacją aktorską. Pani Hania Trochanowska zbiera za nią brawa. Spontanicznie oceniamy, że jest to jedna z najlepszych scen w filmie.

   W czwartek 11 lipca ekipa zamierza nakręcić scenę aresztowania starosty weselnego i filmowego psalmisty Teodora Kościaka. W tę rolę wciela się Piotr Trochanowski, poeta i krynicki psalmista.

statyści z Legnicy - dziadkowie i wnuczęta

     Scenopis zapowiada spalenie chyży Fecia, tak po łemkowsku brzmi zdrobnienie od imienia Teodor. Reżyser od początku podchodził do tej kwestii z dystansem, film jest przecież niskobudżetowy. Zaproponowano, żeby wykorzystać niszczejącą i opuszczoną chyżę, ale takich na Łemkowszczyźnie coraz mniej, bo albo znalazły nowych właścicieli, albo zniszczały do cna.
   Przed cerkwią w Kunkowej zbiera się ekipa. Nie wiadomo, co począć z wypędzeniem i pobiciem filmowego opozycjonisty. Wybawieniem okazuje się propozycja naszego filmowego sierżanta Stefana Dydaka, którego ciotka mieszka we wsi i zgodziła się użyczyć swej chyży filmowcom z zastrzeżeniem, że nie ma mowy o żadnym podpalaniu. Chata znajduje się na końcu wsi za rzeczką. Aby do niej dotrzeć, trzeba pieszo przejść wąską kładką. Chyża z zapierającym dech w piersiach kwiatowym ogrodem urzeka nas od razu.
   - Jak to się ma do chaty Fecia, starego kawalera? - pytam Muriankę.
   - Wiesz, on jest ekscentrykiem kochającym przyrodę - wyjaśnia poeta.
   Ostatnie sceny ekipa kręci trzynastego lipca. Pod cerkwią w Kunkowej jeszcze tylko do zrealizowania aresztowanie Pawła, rozstanie świeżo poślubionych małżonków i przerwa w zdjęciach.
   - Na razie zrealizowaliśmy 80 procent materiału. Jeśli pozwolą nam na to fundusze, dokrętkę planujemy w drugiej połowie sierpnia, zaś premierę jesienią - mówi reżyser.

  
   LIPIEC 2003
  

Józef Madzik, kustosz muzeum w Bartnem

     Niestety, już w sierpniu ubiegłego roku było wiadomo, że produkcja filmowa przekroczyła planowany budżet i o dokończeniu zdjęć nie mogło być mowy. Materiał trafił na półkę i musiał odczekać rok. Z początkiem czerwca, na miesiąc przed planowanymi zdjęciami, Andrzej Kopcza prosił ludzi z ekipy o rezerwowanie wolnego terminu między 7 a 13 lipca na dokończenie dzieła, jak żartobliwie na planie mawiało się o tej produkcji.
   9 lipca, Bartne. Wieś w powiecie gorlickim zapisała się w kulturze łemkowskiej jako miejsce najbardziej udanych watr. Liczy około pięćdziesięciu numerów, jest tu czynna cerkiew prawosławna, sklep, przystanek PKS. Tu będą kręcone sceny wysiedlenia wsi, największe sceny zbiorowe z inwentarzem. Od rana na plac u podnóża cerkwi grekokatolickiej świętych Kosmy i Damiana z 1842 roku, obecnie muzeum, zjeżdżają wozami z ekwipunkiem okoliczni gospodarze. Wozy wypełnione sprzętami domowymi, skrzyniami, gotowe do wymarszu. Oni zagrają mieszkańców wysiedlanej wsi. Niektórzy wydają się być tak autentyczni, iż ma się wrażenie przeniesienia w czasie do owego pamiętnego 1947 roku.
   Uwagę zwraca niewysoki mężczyzna, smagłej urody, ubrany w czarną kurtkę i stary kapelusz tego samego koloru z dużym rondem. Na plan filmowy przyjechał drabiniastym wozem zaprzężonym w kasztankę. Klaczy towarzyszy jej źrebię. Leszek Kołtko z sąsiedniej wsi Bodaki nie pamięta tamtych wydarzeń, urodzony w 1952 roku w dawnym województwie zielonogórskim, na Łemkowszczyznę wrócił wraz z rodzicami w 1958 roku. Tu mieszka i pracuje, czasem tylko tęskni za podwórkiem, gdzie stawiał pierwsze kroki.

Piotr Trochanowski i Paweł Dziamba - filmowi aresztanc

    - Chciałbym jeszcze choć raz je zobaczyć, sprawdzić, czy jest takie, jakie zapamiętałem - wzdycha.
   Dzisiaj zagra na pierwszym planie gospodarza opuszczającego swą wieś.
   Podobnie jak rok temu statystów przywiózł autobus z Legnicy. Na planie trzy pokolenia statystów - babcie, rodzice i wnuczęta. Starsi Łemkowie pamiętają tamte chwile, przyrównują je do sytuacji na planie.
   - Wozy były bardziej naładowane, brakuje pierzyn - podsumowuje starsza kobieta.
   - Tylko konie i krowy? - dziwi się statystujący mężczyzna. - Przecież wysiedlano też z kozami i owcami...
   Tuż przed dwunastą ze wzgórka sprzed cerkwi pada reżyserska komenda: - Kamera! Akcja!
   Po roku przerwy w pracy na planie "Akcji Wisła" operator Sebastian Wojtarowicz, absolwent katowickiej filmówki, wprawia kamerę w ruch. W dolince przed cerkwią porozstawiano wozy z dobytkiem, przy nich stoją płaczące kobiety. Na wozach siedzą małe dzieci, wytłumaczyć im, że mają zagrać smutek, trudno. Powoli wczuwają się w sytuację, spuszczają głowy. Wysiedleńców otaczają żołnierze. Krowy rasy czerwonej z konieczności występują na dalszych planach. Po pierwsze o rasę z tamtego czasu trudno, po drugie, niestety i te zwierzęta dotknęło piętno naszych czasów - odblaskowo żółte kolczyki w uszach. Ktoś w tłumie żartuje, że należy zrobić krowom ochraniacze na owe klipsy w kolorze ich umaszczenia.
   Okazuje się, że Bartne jest już znane filmowcom. Przed kilkunastu laty przez kilka dni kręcono tu sceny do polsko-amerykańskiego filmu o zagładzie Cyganów "I skrzypce przestały grać". Obecny na planie Józef Madzik, od 1966 roku opiekujący się cerkwią-muzeum, był wtedy statystą. Próbuje porównać tamtą produkcję z dzisiejszą. Ta wydaje się bardzo skromna - orzeka.
   Ludzie na planie mają jednak przeczucie, że powstaje coś niepowtarzalnego, być może urastającego do rangi dzieła narodowego, bo dotychczas nikt nie nakręcił filmu fabularnego o Akcji Wisła.
   Tę niepowtarzalność chwili daje się wyczuć po południu, kiedy kręcone są dalekie plany. Wozy sprzed cerkwi ustawiają się w szpaler i po komendzie reżysera kolumna rusza na kamerę. Wrażenie zapiera dech w piersiach. Aparaty fotograficzne zatrzymują w kadrze wyjątkowe chwile.

w gościnie u Teodora Gocza

     10 lipca, Bartne. Dzień bynajmniej nie nastraja optymistycznie. Jest zimno i deszczowo, a ekipa ma do zrealizowania sceny wychodzenia z cerkwi orszaku weselnego wprost pod lufy karabinów. Te sceny nakręcono w ubiegłym roku w Kunkowej, ale zmieniła się topografia terenu w scenie opuszczania wsi i tamtego materiału zmontować się nie da. Nadchodząca ulewa wymusza przyspieszenie zdjęć. Tak więc orszak weselny chowa się w przedsionku cerkwi pod dzwonnicą. Kamera gotowa do akcji, jednak nie pada żadna komenda, bo z nieba kapią grube krople.
   - Za pięć minut powinna być chwila - tak o pogodzie mówi po łemkowsku Józef Madzik, precyzyjny w swoich prognozach pogody bardziej niż profesjonalny meteorolog. I rzeczywiście: jest "chwila" pogody! Orszak na krótko wychodzi przed cerkiew i ujęcia rozchodzenia się Kościaków przed pakowaniem odbywają się znów w deszczu.
   11 lipca, Zyndranowa. Prawdopodobnie dzisiejszego dnia padnie ostatni klaps. Po roku zmagań ekipy jest szansa, że film ujrzy światło dzienne. Wszystko będzie zależało od środków na jego wykończenie. Tymczasem popołudniowo-wieczorne ujęcia zaplanowane są w Zyndranowej. W zasadzie drobne kosmetyczne ujęcia i dwie sceny, które mimochodem wymknęły się ze scenopisu. Tu przed rokiem zaczęła się przygoda i tu miejmy nadzieję szczęśliwie dobiegnie końca.
   W drodze z Gorlic do Zyndranowej reżyser z operatorem szukają ujęć, które przypominają dawne łemkowskie wsie. Z tym jest trudno, bo i tu dotarła elektryfikacja, przybyły w krajobrazie nowe, murowane domy.
    - Tamtego świata już nie ma - zamyśla się reżyser.

wyjątkowa chwila zatrzymana w kadrze

    Mijamy Duklę, jeszcze tylko 14 kilometrów i znów jesteśmy w gościnie u pana Teodora Gocza. Nic się nie zmieniło, te same chyże, wiatrak błyszczą w popołudniowym słońcu.
   W tym roku o tej porze jest spokojniej, bo już po święcie muzeum "Od Rusala do Jana", czyli od "Zielonych Świąt do Jana", przypadającym na 7 lipca. W skansenie nie ma turystów, ani ciekawskich gapiów.
   Na planie cisza, zza węgła chyży wybiega oficer w randze porucznika z pistoletem. W roli czarnego charakteru obsadził się sam Andrzej Kopcza, bo, jak mawia, takie role lubi. Zgodnie ze scenopisem oficer wbiegł do chyży gdy usłyszał wystrzał swego kaprala. Scenę poprzedzającą ujęcie kręciliśmy rok temu. Jeszcze tylko jeden dubel i gotowe.
   Nieuchronnie zbliża się wieczór. Ekipa ze sprzętem przenosi się do wnętrza chyży, w której rok temu umierała matka - babcia Oleny. Brakuje kwestii matki poprzedzającej wieczór panieński Oleny, kiedy to do chaty razem z druhnami idzie Fecio.
   - A kto to tak wrzeszczy, jakby go kastrowali? - pyta babcia wnuczkę prasującą białe, weselne wstążki żelazkiem na duszę.
   Pani Olga Peregrym, powtarzając tę żartobliwą kwestię, dzielnie zmaga się z tekstem, przecież aktorstwo uprawia amatorsko. Parę prób i udaje się nakręcić tę scenę.
   Tuż po północy operator wyłącza kamerę. Ostatnią sceną był "pojedynek" racji matki i oficera, kiedy ten ostatni usiłował nakłonić ją do opuszczenia chyży. Wprawdzie tę scenę nakręcono przed rokiem, lecz reżyser nie był zadowolony z efektu, stąd ta powtórka. Tą sceną rozpoczęły się zdjęcia do filmu "Akcja Wisła" i ona też kończy zmagania filmowców.
   Na dworze przejmujący chłód, mgła biała jak mleko ściele się po ziemi, choć mamy lipiec. Samochód ekipy wolno opuszcza gospodarstwo Teodora Gocza.
   - Jeśli prace nad montażem filmu wypadną pomyślnie, premierę planujemy na 12 października w Gorlicach podczas Łemkowskiej Jesieni Twórczej, zaś tydzień później pokaz w Legnicy - mówi Andrzej Kopcza.

Anna Rydzanicz

Fot. Barbara Kąkol i Anna Rydzanicz

Przegląd Prawosławny nr 10 (Październik 2003)


Przegląd Prawosławny